W polskiej historiografii bardzo niewiele miejsca poświęca się uwagi niemieckim formacjom policyjnym - a szkoda, bo to one były podstawą funkcjonowania aparatu III Rzeszy na terenach okupowanych. W zeszłym roku przypomniałem Wam historię "zwykłych ludzi", czyli Ordnungspolizei, zapomnianych zbrodniarzy odpowiedzialnych za morze zbrodni. Link oczywiście w komentarzach.
Jedną z odnóg Ordnungspolizei - formacji bezwzględnie zbrodniczej - była policja pomocnicza Schutzmannschaft. Której losy nie były już takie jednoznaczne.
Formacja ta powstała na gruncie rozmaitych formacji pomocniczych, tworzonych na Litwie, Łotwie, Ukrainie, Białorusi i w Estonii latem 1941 roku z miejscowych ochotników. Na podstawie rozkazów SS-Reichsführera Heinricha Himmlera z 25 i 31 lipca 1941 roku, oraz rozkazu generała Kurta Daluege, komendanta OrPo, z 4 listopada 1941 r. zaczęto przekształcać lokalne formacje w bataliony Schutzmannschaft.
Schuma, jak ją nazywano nosiła czarne mundury - głównie zdobyczne, farbowane na czarno. Uzbrajano ją również w zdobyczną, przeważnie sowiecką broń. Bataliony Schutzmannschaft liczyły po trzy kompanie strzeleckie, z których każda miała trzy plutony piechoty i pluton karabinów maszynowych. W końcu 1942 roku w Schutzmannschaft służyło 290 tys. policjantów, z czego tylko 10 % służyło w miastach, a reszta w wiejskich posterunkach i samodzielnych batalionach. Każdy policjant podpisywał kontrakt na jeden rok. Znaczna część batalionów była litewska, łotewska, białoruska, bądź ukraińska. Poza żołdem, umundurowaniem i wyżywieniem, policjanci mogli liczyć na zdobycze i łupy. To właśnie ta formacja na terenach Wołynia, Polesia, czy Nowogródczyzny była odpowiedzialna za liczne akcje przeciwpartyzanckie, obławy, a także mordy na Żydach. Wielu policjantów ulegało pokusie łapówek, grabieży i innych przestępstw, korzystając nadanych przez Rzeszę praw...
* * *
Jednak w maju 1942 roku w "Gońcu Krakowskim" ukazało się ogłoszenie, zachęcające do wstępowania do "Policji Polskiej". Ogłoszenie sugerowało, że chodzi o wstąpienie do tzw. granatowej policji, którą już kiedyś opisywałem (link w komentarzu). Biuro werbunkowe w Krakowie szybko zapełniło się chętnymi - głównie młodzieńcami, uciekającymi przed karą za dezercję z np. Baudienstu, szmugiel, czy groźbą wywózek na roboty przymusowe do Niemiec.
Tak powstał 202. batalion Schutzmannschaft - pierwszy "polski" batalion Schuma.
Ochotników zgromadzono na poligonie w Dębicy (Heidelager) w czerwcu 1942 roku. Z początkowych 360 policjantów rozrósł się do 13 oficerów, 12 podoficerów i 550 szeregowców. W listopadzie 1942 roku otrzymał oficjalnie swój numer, a jego członkowie złożyli przysięgę.
Jego dowódcą został zakonspirowany członek AK, major Kazimierz Mięsowicz, wielki bohater polskiej policji. W 1944 roku uratuje on samodzielnie mieszkańców wsi Dylągowa na Podkarpaciu przed niemiecką pacyfikacją. Dowódcami kompanii byli zaś kolejno: 1. - kpt. Walery Sauermann, 2. - ppor. Jan Nowak z policji w dystrykcie radomskim, 3. - ppor. Witold Obrębski z powiatu garwolińskiego.
* * *
Od maja 1943 roku działał w rejonie Kostopola i Janowej Doliny - tej samej, bestialsko spacyfikowanej przez UPA. Powodem była masowa dezercja ukraińskich szucmanów na przednówku 1943 roku, gdy do UPA zdezerterowało około 4 tys. ukraińskich policjantów z bronią w ręku. To właśnie oni stali się trzonem UPA podczas Ludobójstwa Wołyńskiego. Niemcy chcieli przeciwstawić się banderowskiej anarchii. Wymordowanie ludności Wołynia zakłócało niemiecką komunikację, a także dostawy kontyngentów, na których zależało III Rzeszy.
202. Batalion polska ludność Wołynia witała jak bohaterów i wyzwolicieli. Jeden z szucmanów wspominał: "W Łucku Polacy przyjmują nas wprost z entuzjazmem. Opowiadają nam o terrorze Ukraińców".
Wielokrotnie członkowie 202. batalionu brali udział w akcjach przeciwko bandom UPA i ochraniali polską ludność. Policjanci ściągali pogorzelców i eskortowali ich do większych miast, grzebali zabitych i ochraniali ludzi pracujących przy wykopkach i żniwach. Jak pisał żołnierz Armii Krajowej, świadek wydarzeń i historyk, Wincenty Romanowski: "Polska policja, samodzielnie, lub pod dowództwem Niemców, przez kilka miesięcy sprowadzała do miast zagrożoną, lub zrujnowaną materialnie ludność wsi, zbierała zwłoki po napadach UPA, ochraniała wyprawy po żywność i paszę, strzegła bezpieczeństwa żniwiarzy i ludzi pracujących przy wykopkach".
Uczestniczyli też w akcjach odwetowych i pacyfikacyjnych wraz z członkami samoobron. Widok spalonych, opustoszałych wsi i niemożebnie zmasakrowanych ciał, szczególnie kobiet i dzieci, wywoływał zrozumiały i słuszny gniew.
''Na drugi dzień wyrusza od nas jeden pluton. Przychodzimy na dziedziniec koszar naszych kolegów, którzy już czekają na nas. Jest to zbieranina chłopów w różnym wieku w cywilnych ubraniach, fatalnie uzbrojona, pałająca nienawiścią do Ukraińców za ich zbrodnie. Krótkie przemówienie leutnanta trafia nam od razu do serca. Mówi on: »Nie strzelajcie ludzi niewinnych, lecz widzicie, że na wsi każdy Ukrainiec jest bandytą«. Toteż pomni jego słów robimy spustoszenie we wsi, każdego ukraińskiego chłopa wyprowadzamy i strzelamy. Jest to wszystko jeszcze niczym w porównaniu z leutnantem. Nie wydaje on żadnych rozkazów, tylko na własną rękę strzela Ukraińców, chcąc przewyższyć nas wszystkich.''
Ciekawe starcie między polskimi szucmanami, a banderowcami miało miejsce w maju 1943 roku koło Stryłki (pow. Równe), gdzie banderowcy, przebrani w niemieckie policyjne mundury, zaatakowali grupę polskich szucmanów, także w niemieckich mundurach. Polacy zostali przygwożdżeni z trzech stron. Na szczęście, wymianę ognia zauważyła załoga niemieckiego samolotu, która otworzyła ogień z broni pokładowej, przepłaszając napastników.
2. kompania batalionu broniła od maja do listopada 1943 roku miasteczka Bereźne, odpierając wszystkie ataki. W walkach z bandami UPA 202. batalion stracił 48 ludzi, co było wysokimi stratami dla jednostki policyjnej. Jednak nie było problemu z rekrutem. Wielu ocalałych z rzezi Polaków, nie mając ani domu, ani rodzin, ani dokąd pójść, ochotniczo zgłaszało się na służbę, nawet mimo protestów ze strony Delegata Rządu, Kazimierza Banacha, straszącego karami za "zdradę". Liczba chętnych była tak duża, że uformowano kolejny batalion, o numerze 107. W 1944 r. większość jego członków zdezerterowała do 27. Dywizji AK wraz z bronią. Polacy służyli też w batalionach: 102. w Krzemieńcu, 103. w Maciejowie, 104. w Kobryniu i 105. w Sarnach.
* * *
202. batalion w styczniu 1944 roku został skierowany na front w rejon Aleksandrii na Białorusi, gdzie poniósł ciężkie straty. Ogrom policjantów został rozproszony, albo zdezerterowało. Resztę batalionu Niemcy wycofali do Lwowa, a potem do Alzacji, gdzie go rozwiązano w maju 1944 r. Policjanci zostali rozproszeni jako straż przemysłowa, albo trafili do Granatowej Policji. Polskim policjantom Niemcy wystawili bardzo wysoką notę, chwaląc ich odwagę: "W działaniach bojowych 202. batalion spisywał się dobrze. Prowadził ciężkie walki aż do dużego wyczerpania, co potwierdza fakt, że Polacy otrzymali niemieckie odznaczenia bojowe". Nawet powojenne, komunistyczne sądy były bardzo łagodne dla weteranów 202. batalionu.
W sumie ok. 2 tysiące Polaków przywdziało mundur niemieckiej policji Schutzmannschaft. Kolaboranci? A może raczej bohaterowie?
Tego nie wiem.
Wiem na pewno, że ludzie ci ocalili wielu Polaków od banderowskiego bestialstwa i nie powinniśmy się ich wstydzić. Wręcz przeciwnie.
Na zdjęciu: Henryk Słotwiński, maskotka, a raczej syn 202. batalionu. Został uratowany przez polskich szucmanów w okolicach Antonówki na Wołyniu i służył wraz z nimi.