To mój trzeci wyjazd w to miejsce. Kiedyś był to ważny węzeł
kolejowy, po upadku Związku Radzieckiego, ta miejscowość, podobnie jak i
wiele innych, była głównie zajęta przeżyciem. Mój pierwszy przyjazd
miał miejsce w 2014 roku. Wtedy zapisywałem opowieści mieszkańców o,
co tu dużo mówić, sadyzmie ukraińskiej armii. Wrzucanie granatów do
piwnic w których ukrywali się ludzie, pobicia rosyjsko-języcznych,
podpalanie domów w których znaleziono rosyjską literaturę. Szybko
okazało się, że do takich wydarzeń dochodziło w wielu innych
miejscowościach.
W swoim czasie dużo się mówiło o Iłowajsku ze
względu na walki w tym miejscu. Mniejszą uwagę poświęcało się jednak
temu, że to miasteczko faktycznie rozpaliło ogień oporu.
Wspomniałem o ukraińskiej armii. Tutaj trzeba by sprecyzować. Zasadniczo
regularna armia w tym rejonie się nie pojawiała. Na Krymie rozkaz
Turczynowa, aby otworzyć ogień do Rosjan zignorowano. W Doniecku, na
przykład w ośrodku "Górnicze Zorze" ukraińscy żołnierze na znak
solidarności (!) opróżnili w powietrze magazynki i nie podejmując walki z
mniej licznymi i gorzej wyposażonymi powstańcami, zwyczajnie odeszli.
Na całej długości frontu (o ile można o czymś takim mówić w tym czasie)
regularne oddziały odmawiały walki, a przykłady przekazywania
"opołczeniu" czołgów, czy pojazdów opancerzonych nie są żadnym mitem.