Jeżeli głosujemy – bierzemy udział w procesie stanowiącym fundament ustroju rujnującego obecnie całą Europę. W ciągu mniej więcej 80 lat dominacji w życiu politycznym zmarnował on dorobek poprzedniego millenium. To po prostu fakt. A zatem wybierając tych, którzy podtrzymywać będą obecny marazm, głosujący przykłada rękę do destrukcji.
Głos oddany w wyborach to podtrzymanie teologicznej i politycznej utopii, zgodnie z którą władza pochodzi od ludu. Dla katolika stwierdzenie takie jest nieprawdziwe. Papież Leon XIII w encyklice Diuturnum illud naucza: Co się tyczy władzy politycznej, to Kościół słusznie naucza, iż źródło swe ma ona w Bogu; znajduje tego Kościół bezspornie świadectwo w Piśmie Świętym i w pomnikach starożytności chrześcijańskiej. Nie da się zresztą pomyśleć żadna inna doktryna bardziej zgodna tak z rozumem, jak z dobrem panujących i ludów. Oczywiście, że – jak czytamy dalej u Leona XIII: wybór tych, którzy mają rządzić państwem, może w pewnych wypadkach być pozostawiony woli i sądowi ludu, i że to bynajmniej nie sprzeciwia się ani nie narusza doktryny katolickiej. Albowiem podobny wybór wskazuje jedynie panującego, a prawa panowania mu nie nadaje: nie tworzy władzy zwierzchniej, a tylko stanowi, kto ją ma wykonywać. Tylko że współcześnie tego rozróżnienia się nie stosuje, a nawet się o nim nie pamięta, z kolei wola ludu uzasadni promowanie wszelkich moralnych wynaturzeń. Katolik nie może na to przystać. Nie wolno mu brać w tym udziału. Czym bowiem jest twierdzenie, że wszelka władza pochodzi od ludu, jeżeli nie postawieniem ludu w miejscu zdetronizowanego Boga? Głosując, legitymizujemy ten grzech.