Gdy w marcu 1762 roku pewien zły człowiek o imieniu Jean-Jacques Rousseau opublikował „Umowę społeczną”, pojęcie politycznej prawdy przestało być stałą wartością. Wcześniej, w odleglejszych czasach, państwa spełniające swoje historyczne misje, miały wypisane na swoich sztandarach sprawiedliwość i prawdę.
Jean-Jacques Rousseau zakładał, że zbiorowy duch narodu posiada wyższą duszę, hierarchicznie różną od każdej z naszych dusz, i że ta wyższa jaźń jest obdarzona niewzruszoną wolą, zdolną definiować w każdej chwili to, co sprawiedliwe i niesprawiedliwe, dobro i zło. I jako że ta zbiorcza wola, ta suwerenna wola, wyraża się jedynie poprzez głosowanie – domniemanie większości triumfującej nad mniejszością w odgadywaniu woli wyższej – w efekcie okazywało się, że głosowanie, ta farsa z karteczkami wrzucanymi do szklanej urny, miało zdolność mówienia nam w każdej chwili, czy Bóg istnieje czy nie; czy prawda jest prawdą czy nie jest prawdą; czy Ojczyzna powinna pozostać czy lepiej byłoby, gdyby w jednej chwili popełniła samobójstwo.





