Istota ludzka skryła się za barykadą egoizmu i własnej przyjemności. Cnota zamilkła. Jej dawne ryty się wyszydza. Dusze się duszą, bądź też zostały zlikwidowane za bogatą zasłoną zwyczajów i konwencji.
Ludzie zaczęli patrzeć na szczęście jak stos owoców, które chrupią w pośpiechu lub najwyżej zatapiają w nich zęby, by odrzucić je bezładnie – zniszczywszy swe dusze i ciała – gdy tylko ustanie chwilowy szał i zwrócić się ku innym już, bardziej podniecającym lub bardziej perwersyjnym owocom.
W powietrzu ciąży całe to moralne i duchowe zaprzaństwo. Na próżno płuca łakną łyku czystego powietrza, świeżości bryzy rzucającej na piasek plaży kropelki wody. Z zewnętrznych ogrodów ludzi zniknęły kolory i śpiew ptaków. Ludzie nie dają już sobie nawet miłości. Czym zresztą jest miłość, najpiękniejsze słowo świata, sprowadzona do fizycznej, instynktownej i wymiennej rozrywki?…


