Dopiero
sierpień, a rudy minister już wziął się za rozkręcanie drugiej fali
„korona-paniki i pandemio-psychozy”. Dzień po dniu, rekord po rekordzie
liczby zakażeń, rzekomo śmiercionośnym wirusem i już wracamy do
obostrzeń. Maseczki, kwarantanny, kontrole, mandaty… chleb powszedni
pierwszej fali wraca na nowo podczas kolejnej odsłony afery
wszechczasów. Poprawka egzaminu z wolności właśnie się rozpoczyna.
A
już było tak dobrze. Premier Morawiecki krzyczał do tłumów: „Już teraz
nie trzeba się jego [wirusa] bać. Trzeba pójść na wybory. Tłumnie. (…)
Wszyscy. Zwłaszcza seniorzy!” No, skoro premier, niczym
prawie-ewangelista, ogłosił tak dobrą nowinę, to jak można było wątpić?
Minister Szumowski też jakoś zniknął z ekranów. Pojechał na zasłużony
urlop, a zamiast jego zwisających pod oczami worków, można było
obserwować jego zwisający brzuszek. Aż tu nagle wróciły i worki pod
zrudziałymi brwiami i prawie-ewangelista, jak się okazało, głosił
prawie-dobrą nowinę, a jak wiemy skądinąd, prawie może oznaczać wielką
różnicę. Słowem, skończyły się wybory, niech żyją obostrzenia. Zupełnie
jak w Serbii, ale tam ludzie wyszli na ulice, w Polsce zaś, założyli
maseczki.


