De
Tocqueville na początku znakomitego dzieła „O demokracji w Ameryce”
opisuje swoje wrażenia z postępującego rozwoju demokracji tak: „Cała ta
książka napisana została pod wpływem przeżyć pewnego rodzaju religijnej
zgrozy, jaką w duszy autora wywołał widok tej niepowstrzymanej
rewolucji, pokonującej przez tyle wieków wszelkie przeszkody i, która
również teraz, jak się zdaje, postępuje dalej wśród powodowanego przez
siebie zniszczenia”. Bardzo dobrze znam to uczucie przerażenia.
Przeżyłem je dawno, bardzo dawno temu, po raz pierwszy jeszcze w
dzieciństwie, potem, jako młody człowiek, odczułem je szczególnie
dotkliwie podczas pierwszej rosyjskiej rewolucji 1905 roku, a swoją
kulminację znalazło wiosną 1917, gdy rozpoczęła się powódź drugiej
„wielkiej” rosyjskiej rewolucji.
Demokracja
nie jest żadnym nowym początkiem i nie pierwszy raz się ona na świecie
pojawia. Jest to stary, wielowiekowy rozdział, znany jeszcze światu
starożytnemu. Lecz po raz pierwszy w naszej epoce problem demokracji
staje się problemem natury religijnej. Nie jest już postawiony na
płaszczyźnie politycznej, ale duchowej. Nie o ustrojach politycznych się
mówi, gdy czuje się religijną zgrozę z powodu postępującej demokracji,
ale o czymś głębszym. Władztwo demokracji nie jest nową formą rządów,
jest to raczej szczególny rodzaj ducha.