Donald Trump przegrał wojnę z Iranem w momencie wystrzelenia pierwszego pocisku.
Od tej chwili może już tylko liczyć straty. I nie chodzi tu o straty militarne, tylko o coś, co zaboli go najbardziej – utratę własnych wyborców. Bo tej wojny nie rozstrzygną rakiety, tylko rachunki za paliwo, jedzenie, kredyty i ostatecznie puste portfele. A gdy Amerykanie zaczną widzieć, że nie stać ich na życie, żadna propaganda nie uratuje tej politycznej historii.
Wojna Donalda Trumpa z Iranem nie może zakończyć się sukcesem w żadnym scenariuszu. W mojej opinii ona już jest porażką i ta porażka będzie się pogłębiać, niezależnie od tego, co pokażą mapy sztabowe i komunikaty wojskowe. Z mojej analizy wynika jasno, że to nie pole bitwy zdecyduje o jej wyniku. O jej wyniku zdecyduje stan portfeli Amerykanek i Amerykanów.
Bo ten konflikt od początku uderza w samo centrum globalnej gospodarki, a nie w jej peryferia. Iran to nie jest kolejny kraj, z którym można prowadzić ograniczoną operację wojskową bez konsekwencji dla świata. To jeden z kluczowych elementów systemu energetycznego i surowcowego, a wojna w tym regionie natychmiast przekłada się na ceny, dostępność i stabilność dostaw.
Cieśnina Ormuz nie jest jedynie symbolem geopolitycznym. To strategiczna arteria, przez którą przechodzi ogromna część światowego transportu ropy i gazu, a wraz z nimi także wielu innych surowców i towarów zależnych od stabilności tego szlaku. Jej zamknięcie nie jest hipotetycznym zagrożeniem. To fakt, który już zaburza globalne łańcuchy dostaw. W efekcie rosną ceny paliw, rosną koszty transportu, a wraz z nimi rośnie koszt funkcjonowania całej gospodarki.
Ropa to nie tylko paliwo. To fundament przemysłu chemicznego, nawozów, tworzyw sztucznych, środków czystości i ogromnej części produkcji, której przeciętny konsument nawet nie łączy bezpośrednio z energią. Każde jej zdrożenie przenosi się kaskadowo na kolejne sektory. Do tego dochodzą skutki zniszczeń infrastrukturalnych, które już nastąpiły. Uderzenie w jednego z największych producentów helu, surowca niezbędnego w medycynie, pokazuje skalę problemu, który wykracza daleko poza rynek paliw. W mojej ocenie to dopiero początek efektów, których pełnej skali dziś nie jesteśmy jeszcze w stanie oszacować.
W takich warunkach inflacja przestaje być jednym z wielu problemów gospodarki. Staje się dominującą siłą, która zaczyna porządkować wszystkie inne procesy. Rosną ceny paliw, rosną ceny żywności, rosną koszty życia. To, co jeszcze niedawno było możliwe do zamortyzowania przez system finansowy, dziś zaczyna się kumulować.
Dzieje się to w momencie, który dla Stanów Zjednoczonych jest wyjątkowo niekorzystny. Wysokie stopy procentowe już wcześniej ograniczyły zdolność gospodarki do reagowania na kolejne wstrząsy. Kredyt jest drogi, zadłużenie ogromne, a sektor finansowy funkcjonuje pod presją, która nie została w pełni rozładowana po wcześniejszych napięciach. Każdy kolejny impuls inflacyjny pogłębia ten stan.
Na to wszystko nakłada się jeszcze jeden element, który w mojej ocenie jest dziś absolutnie niedoceniany. Amerykańska giełda została w ostatnich latach wyniesiona przez wyceny spółek technologicznych, szczególnie tych związanych ze sztuczną inteligencją. To właśnie na nich opiera się znacząca część pozytywnego obrazu gospodarki. Donald Trump świadomie postawił na ten kierunek, skupiając wokół siebie środowisko najbogatszych ludzi świata technologii i wzmacniając narrację o nieograniczonym wzroście.
Problem polega na tym, że coraz więcej analityków wskazuje na oderwanie tych wycen od fundamentów. Z perspektywy jest to klasyczna bańka, która w warunkach poważnego szoku zewnętrznego może pęknąć bardzo szybko. Jeżeli do rosnącej inflacji, wysokich stóp procentowych i zaburzonych łańcuchów dostaw dojdzie jeszcze korekta na rynku technologicznym, gospodarka Stanów Zjednoczonych znajdzie się w sytuacji, którą trudno będzie kontrolować.
W tej sytuacji nie ma znaczenia, jakie komunikaty będą płynęły z Białego Domu. Nie ma znaczenia, jak bardzo rozbudowana będzie retoryka patriotyczna ani jak intensywnie będzie prowadzona propaganda sukcesu. Amerykanek i Amerykanów nie będzie przekonywać narracja o sile państwa, jeżeli ich codzienne doświadczenie będzie mówiło coś zupełnie innego.
Jestem przekonany, że każdy konflikt ma swój punkt krytyczny, który nie jest wyznaczany przez wydarzenia na froncie, lecz przez doświadczenie społeczne. Ten punkt pojawia się wtedy, gdy koszt wojny przestaje być abstrakcyjny i zaczyna być odczuwalny w najbardziej podstawowy sposób. W momencie, w którym ktoś podjeżdża na stację benzynową i widzi, że nie stać go na zatankowanie samochodu. W momencie, w którym zakupy w sklepie zaczynają przekraczać możliwości budżetu domowego.
W takiej sytuacji nawet najbardziej zagorzały zwolennik polityka musi skonfrontować swoje przekonania z rzeczywistością. Żadna propaganda nie jest w stanie utrzymać poparcia, gdy codzienne życie zaczyna być trudniejsze, a jednocześnie widoczne staje się to, że na wojnie bogacą się ci, którzy mają do niej dostęp i wpływ.
Donald Trump obiecywał swoim wyborcom coś zupełnie innego. Mówił o kończeniu wojen, a nie o ich rozpoczynaniu. Mówił o poprawie sytuacji ekonomicznej, a nie o jej destabilizacji. Tymczasem doprowadził do konfliktu, który uderza w najbardziej wrażliwe elementy gospodarki, i zrobił to w momencie, w którym kraj jest na to najmniej przygotowany. Jego wcześniejsze decyzje, w tym wojny celne i konflikty z partnerami gospodarczymi, dodatkowo osłabiły zdolność Stanów Zjednoczonych do reagowania na globalne kryzysy.
Z mojej analizy wynika jednoznacznie, że nie da się oddzielić tej wojny od jej konsekwencji ekonomicznych. I nie da się jej wygrać w sposób, który byłby odczuwalny jako sukces dla społeczeństwa.
Nie decyzje generałów, nie chwilowe zwycięstwa na polu bitwy i nie polityczne deklaracje przesądzą o jej zakończeniu. O tym, kiedy ta wojna będzie musiała się skończyć, zdecyduje moment, w którym koszt stanie się nie do zaakceptowania dla tych, którzy go ponoszą.