W kurniku panowała
już cisza. Ptactwo zajęło już swoje miejsce. Upewniam się jeszcze, czy gołębnik
jest zamknięty i odetchnęłam z ulgą. - Marcysia! Rusz się dziewczyno -
krzyknęła babcia. Pobiegałam w stronę ławki pod lipami. - Nasza gapa - rzekła
do mnie podając mi kubek ciepłego mleka, niedawno przez nią odcedzonego.
Wzięłam łyka, czując słodki smak i woń świeżej trawy uśmiechnęłam się z
zakłopotaniem. - Oj dziecino, dziecino... Na jej twarzy rysowała się troska i
zmartwienie, w oczach jednak wyczytałam zrozumienie. - Przepraszam babusiu -
szepnęłam i oddałam się zadumie. Usiadłam wśród domowników. Panowała głucha
cisza, tylko w oddali słyszałam jeszcze pisk jaskółek. Nasze oczy utkwione były
w kwitnącym jaśminie i przekwitniętym już starym lilaku. Popijaliśmy cierpliwie
mleko i czekaliśmy w milczeniu. Po chwili z krzewów poczęła płynąć piękna pieśń
naszego słowika. Kochałam ten codzienny rytuał. Przynosił on ukojenie nie tylko
mi, ale i mojej rodzinie. Kochałam naszego słowika, który scalał nas w te
wieczory. - Idziemy - odezwał się dziadek - jutro czeka nas dużo pracy. Zgodnie
pomaszerowaliśmy w stronę domu. - Marcjanna, przypominam - jutro idziesz w
pokrzywy, ptactwo, które tobie powierzyłem, musi mieć co jeść i nie chcę się
denerwować, dziecino. - Tak, wiem dziadku - odparłam posłusznie, w myślach
wzdychając.
Anna Lokś