WASZYNGTON ZWIJA CYRK Z IRANU. "NIE MOJA CIEŚNINA, NIE MÓJ PROBLEM"
Amerykańska machina wojenna po nieco ponad miesiącu dewastowania irańskiej infrastruktury nagle wrzuca wsteczny. Prezydent Donald Trump z charakterystyczną dla siebie gracją właśnie ogłosił, że siły USA wychodzą z Iranu "bardzo szybko" – dając sobie na ewakuację urocze dwa, może trzy tygodnie. Cel operacji rzekomo został osiągnięty. Program nuklearny podobno cofnięto do epoki kamienia łupanego, a "nowy reżim" stał się nagle wybitnie rozsądny. Szkoda tylko, że nikt w Teheranie o tym epokowym triumfie nie słyszał, a szef irańskiego MSZ, Abbas Aragczi, chłodno kwituje temat: żadnych formalnych negocjacji z Amerykanami po prostu nie ma.
Waszyngton odpalił lont 28 lutego, obiecując całkowitą zmianę układu sił w regionie. A teraz mamy do czynienia z klasycznym manewrem odtrąbienia zwycięstwa i ucieczki przed rachunkiem. Trump bez mrugnięcia okiem twierdzi, że oficjalne porozumienie z Teheranem wcale nie jest mu potrzebne, by zwinąć interes. Jednak prawdziwym arcydziełem cynizmu jest nowy plan Białego Domu dla Cieśniny Ormuz, przez którą pompowane jest 20 procent światowej ropy. Złota rada dla Europy, Chin czy Japonii sprowadza się do krótkiego: radźcie sobie sami. Prezydent rzuca wprost, że ochrona tankowców to teraz problem Francji albo kogokolwiek, kto akurat ma tam interes, dodając z rozbrajającą szczerością, że USA nie zamierzają już nikomu pomagać.
