Czy monarchiści polscy mogą zrobić coś praktycznego w celu
ziszczenia swojego ideario? Zanim spróbujemy dać odpowiedź na to
pytanie, dobrze będzie nie tylko, jak to już uczyniliśmy, oddalić
pomysły niemądre, ale również dokonać rachunku (politycznego) sumienia z
tego, co robiliśmy do tej pory.
Ruch
monarchistyczny, odrodzony właściwie ex nihilo, jak Feniks na
zgliszczach, na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku, złożony
zresztą, co trzeba przypomnieć, prawie wyłącznie z ludzi bardzo wówczas
młodych i obierający (co było uzasadnione) formułę metapolitycznych,
formacyjnych klubów (pomijam tu oczywiście pajacowate partyjki, które
tylko kompromitowały ideę), na odcinku praksis przyjął – mniej lub
bardziej świadomie – strategię „entryzmu”, czyli wchodzenia do tzw.
prawicowych partii politycznych w nadziei ich „rojalizacji” w dalszej
perspektywie, a w bliższej przynajmniej integralnego
„ukonserwatywnienia”. Największym zainteresowaniem cieszyły się wówczas
ZChN, a jeszcze bardziej Unia Polityki Realnej (realizm, nawiasem
mówiąc, nie był jej najmocniejszą stroną), co wydawało się naturalne
choćby dlatego, że jej ekscentryczny lider raz po raz i publicznie
deklarował, że sam jest monarchistą i chętnie portretował się w mundurze
„regenta”.



