Od pewnego już czasu wyczuwam w sobie nagromadzenie wszelakich
emocji, których nie sposób wyrazić za pomocą obiektywnej formy sztuki,
czyli powieści; młody poeta liryczny mógłby zapewne temu wyzwaniu
podołać, ja jednak, co przesądza sprawę, nie mam już dwudziestu lat, a i
nigdy żadnym poetą nie byłem. Po omacku zatem szukałem odpowiedniego
kształtu – czy to wyznania, czy to eseistycznego komentarza – dla takich
zwierzeń, aż w subtelnie niedopowiedzianej przestrzeni między tymi
dwoma gatunkami odnalazłem coś, co zwać by można „spowiedzią krytyczną”.
Postrzegam owo coś jako pełną szarości przestrzeń między nocnym
mrokiem wyznania a południowym blaskiem literackiego eseju. Forma „ja”,
której będę tu używał, nie odnosi się stricte do „ja”, którym
zwykłem określać samego siebie, ani nawet do słów przeze mnie
wypowiadanych, które na powrót wpływają do mojego wnętrza, lecz niejako
do resztki, osadu z tego wszystkiego, co już do mnie nie wraca ani do
mnie nie przynależy.
Rozmyślając nad naturą owego „ja”, doszedłem do wniosku, że nie
pozostaje mi nic innego, jak uznać przestrzeń zajmowaną przeze mnie
samego za obszar najprecyzyjniej się do tego „ja” odnoszący. To właśnie
języka ciała poszukiwałem. Gdyby przyrównać „ja” do domu, ciało byłoby
otaczającym go owocowym sadem. Mógłbym ów sad pieczołowicie pielęgnować
albo pozostawić samym sobie pleniące się w nim chwasty. Była w tej
możliwości wyboru moja wolność, nie całkiem jednak łatwa do pojęcia. To
dlatego wielu ludzi stan swojego przydomowego ogrodu zwykło nazywać
„losem”.