Cytaty

KONTRREWOLUCJA*MONARCHIA NARODOWA*KORPORACJONIZM

OFICJALNY PORTAL PUBLICYSTYCZNY
RCR - PRO FIDE, REGE ET PATRIA!


Si Deus Nobiscum quis contra nos - Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?

UNIWERSALIZM KATOLICKI KONTRA ATEISTYCZNY GLOBALIZM


MONARCHIZM NARODOWY - jest to ustrój polityczny łączący w sobie ideę monarchistyczną (ideę hierarchiczną) z myślą narodową w duchu rzymskiego katolicyzmu, dążący do obalenia obecnego Systemu politycznego w sposób radykalny (będąc w rzeczywistości Kontrrewolucją)

WALCZYMY NAJPIERW O POLSKĘ WOLNĄ A PÓŹNIEJ WIELKĄ! Z BOGIEM ZA KRÓLA I OJCZYZNĘ!

czwartek, 5 maja 2016

Piotr Zychowicz: Sowieckie bombardowania Warszawy podczas II wojny światowej


Sowieckie bombardowania Warszawy podczas II wojny światowej 
• Podczas II wojny światowej nie tylko Niemcy bombardowali polską stolicę

• Na Warszawę kilkanaście razy spadały również sowieckie bomby; trzy naloty miały charakter dywanowy

• W radzieckich bombardowaniach zginęło ponad 1000 mieszkańców

• Choć deklarowanym celem tych bombardowań były obiekty wojskowe, to jest niemal pewne, że chodziło o zabijanie cywilów

• Piotr Zychowicz: ''Naloty na Warszawę były kolejną zbrodnią sowiecką przeciwko narodowi polskiemu''

 ''To było straszne bombardowanie. Trwało ponad trzy godziny, a na Warszawę spadały bomby o wadze kilkuset kilogramów. Nalot właśnie się kończył, gdy pukanie do drzwi sprawiło, że wyskoczyłam z łóżka. Na progu stanął Józef.

- Przyszedł pan Stefan Potocki. Bardzo prosi, żeby się pani ubrała i zeszła na dół. Czeka w korytarzu.

Po kilku minutach byłam już gotowa. Gdy zeszłam, usłyszałam okropne wieści. Stefan Tarnowski, najmłodszy syn mojej szwagierki, został ciężko ranny odłamkiem bomby.

- Czy to groźne dla życia? - spytałam.

- Krwotok w jamie brzusznej - odparł Potocki. - Nie udało się go zatamować. Musieliśmy czekać do końca nalotu, żeby przewieźć Stefana do szpitala, bo w czasie bombardowania karetki nie mogą wyjeżdżać do chorych. Gdy tam wreszcie dotarł, lekarze powiedzieli, że operacja nic nie da. Chciałem prosić, żeby ciocia poszła do jego matki i pojechała z nią do szpitala. Mam nadzieję, że jeszcze żyje.

   Poszłam do Anny z okropną nowiną. Pojechałyśmy do szpitala rikszą, która z chrzęstem toczyła się po leżących na jezdni kawałkach szkła i kluczyła wśród konarów drzew, przewodów i cegieł. Meble i wszelkie domowe rupiecie ze zburzonych kamienic majaczyły w widmowym świetle poranka. Rikszarz pedałował ze wszystkich sił, ale musiał szukać objazdów, kiedy ulica stawała się nieprzejezdna. Siedziałyśmy w milczeniu, bo nie wiedziałam, jak pocieszać Annę, której najstarszego syna zabili bolszewicy, drugi trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau, a teraz umierał najmłodszy. Cóż mogłam jej powiedzieć? Dotarłyśmy za późno i Stefan nie zdążył pożegnać się z matką''.

   To fragment wspomnień hrabiny Marii Tarnowskiej dotyczący bolszewickiego nalotu dywanowego na Warszawę, który został przeprowadzony w nocy z 12 na 13 maja 1943 r. A więc miesiąc po ogłoszeniu odkrycia grobów katyńskich. Sowieccy lotnicy zrzucili na polską stolicę około 100 ton bomb. Niektóre z nich - przeznaczone do burzenia budynków - miały nawet ponad 500 kg. Gdy trafiły w kilkupiętrową kamienicę, pozostawała z niej kupa gruzu.

   Oficjalnie Moskwa twierdziła, że celem ataków były niemieckie ''obiekty wojskowe'' w okupowanym mieście. W rzeczywistości jednak zdecydowana większość bomb spadła na dzielnice mieszkaniowe, masakrując pogrążonych we śnie warszawiaków. Nalot trwał bowiem od godz. 23.30 do 1.30. Ludzie bywali trafieni odłamkami, ale na ogół ginęli pod gruzami walących się domów. ''Lokatorzy jednego z całkowicie zniszczonych domów w centrum - notował hiszpański chargé d’affaires, książę Parcentu Casimiro Florencio Granzow de la Cerda - którzy ukryli się w piwnicach, zostali odnalezieni utopieni na skutek zalania schronienia wodą z uszkodzonego wodociągu''.

   Niestety, Sowietom udało się zaskoczyć śpiące miasto. Syreny włączono już po tym, gdy spadły pierwsze bomby. Niemiecka artyleria przeciwlotnicza była w Warszawie dopiero w powijakach i nie była w stanie unieszkodliwić bolszewików. W efekcie w nalocie zginęło blisko 300 cywili, a około tysiąca zostało rannych. Kolejne 2,5 tys. zostało pozbawionych dachu nad głową. Straty niemieckie były znikome. ''Pewne uszkodzenia w sieci kolejowej nastąpiły, ale wydaje się, że dość niewielkie, niewspółmierne z rozmiarami nalotu, który był ogromny. Takiego od września 1939 roku Warszawa nie miała - zapisał w swojej kronice okupowanej Warszawy Ludwik Landau. - Niektóre ulice, jak Grójecka, Marszałkowska koło placu Zbawiciela, wyglądem swym przypominały obrazy z dni wrześniowych. Kto może, spieszy się przenosić za miasto, szosy podwarszawskie zaroiły się od wozów z rzeczami tych specyficznych letników''.

Barbarzyństwo

    Sprawa wywołała oburzenie w warszawskim podziemiu. 25 maja 1943 r. w ''Rzeczpospolitej Polskiej'', organie Delegatury Rządu na Kraj, ukazał się artykuł o trafnym tytule ''Nowe zbrodnicze barbarzyństwo sowieckie''. W podobnym tonie utrzymane były artykuły prasy gadzinowej, której redaktorzy tym razem mieli świętą rację.

   Skala nalotu rzeczywiście była bowiem wielka. Ludzie zginęli pod bombami w Śródmieściu, na Ochocie, Woli i Pradze. Uszkodzone zostały Filtry, co pozbawiło warszawiaków na pewien czas wody, a także główne Hale Targowe, co utrudniło zaopatrzenie w żywność. Zdemolowana została infrastruktura Tramwajów Warszawskich, a wywołane przez bombardowanie pożary gaszono do 14 maja. ''Prawdziwie symboliczny wymiar nadały sowieckiej akcji bomby zrzucone na ruiny getta, w którym dogasał właśnie opór ostatnich żydowskich powstańców'' - pisał historyk dr Tymoteusz Pawłowski.

Bombowce B-25 Mitchell, których użyto podczas nalotów na Warszawę, radziecka Rosja otrzymała od USA. Na zdjęciu samolot z oznaczeniami amerykańskimi
Bombowce B-25 Mitchell, których użyto podczas nalotów na Warszawę, radziecka Rosja otrzymała od USA. Na zdjęciu samolot z oznaczeniami amerykańskimi fot. Wikimedia Commons

   Co ciekawe, bolszewicy przeprowadzili nalot przy użyciu amerykańskich bombowców B-25 Mitchell, podarowanych Stalinowi przez naszych anglosaskich ''przyjaciół''. Narzędzia zbrodni dostarczyła więc Ameryka. Samym Sowietom trudno zaś nie odmówić ponurego poczucia humoru. Otóż oprócz bomb zrzucili na głowy warszawiaków ulotki… ''Do braci Polaków'', w których wzywali do wzmożenia oporu wobec Niemców.

   Niewykluczone, że cele sowieckim lotnikom wskazywali renegaci z PPR. Tak było w przypadku jednego z poprzednich bombardowań. Jak wynika z opublikowanego przez Krzysztofa Jaszyńskiego ''Sprawozdania z nalotu na Warszawę w noc z 20 na 21 VIII 1942 r.'', w momencie, gdy bolszewicy nadlecieli, nad miastem miejscowi komuniści wystrzelili w powietrze zielone rakiety. Podobna informacja znalazła się w ''Sprawozdaniu z nalotu na Warszawę w noc 1 na 2 września 1942 r.''. ''Informatorzy stwierdzają z całą pewnością współdziałanie z lotnictwem ludności miejscowej – napisano w dokumencie. – Wypuszczono czerwoną rakietę z rejonu parkingu samochodów w Wawrze oraz z rejonu przyczółka mostowego mostu Poniatowskiego. O nalocie wiedziały koła posiadające łączność z Moskwą. Ze sfer komunistycznych zapowiedziano dokładnie nalot''.

W nocy nalot…

   W sumie w okupowanej stolicy ogłaszano około 100 alarmów przeciwlotniczych. Sowieckie bomby na Warszawę spadły zaś kilkanaście razy. Trzy naloty były nalotami dywanowymi. Jak wyliczył Tymoteusz Pawłowski, w sumie w bolszewickich bombardowaniach zginęło około 1 tys. warszawiaków, a kilka tysięcy zostało rannych. Całkowitemu zniszczeniu uległo 300 budynków, a kilkaset innych zostało poważnie uszkodzonych. Ucierpiało około 3 proc. zabudowy Warszawy. Słowa słynnej okupacyjnej piosenki: ''W nocy nalot, w dzień łapanka'' odnosiły się właśnie do nalotów sowieckich.

Bombowiec Pe-8 wykorzystywany w nalotach na Warszawę
Bombowiec Pe-8 wykorzystywany w nalotach na Warszawę fot. Wikimedia Commons

   Po raz pierwszy samoloty z czerwoną gwiazdą na skrzydłach zrzuciły bomby na Warszawę zaraz po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej - wieczorem 23 czerwca 1941 r. Oficjalnie sowieccy lotnicy mieli zniszczyć mosty na Wiśle, ale bomby spadły na miasto. Trafiły między innymi w Teatr Wielki i tramwaj pełen warszawiaków. Zginęło co najmniej 34 ludzi. Kolejny nalot odbył się jesienią - tym razem straty cywilne były jeszcze większe. Zginęło ponad 50 osób po tym, gdy bomby spadły na kamienice.

   Pierwsze dywanowe bombardowanie Warszawy przeprowadzono w nocy z 20 na 21 sierpnia 1942 r. Teraz już nikt nie mógł mieć wątpliwości, że celem nalotu była ludność cywilna. Bomby posypały się na Żoliborz, Wolę, Mokotów, Grochów. Obiektów wojskowych nie zaatakowano. ''Staliśmy w oknie wpatrzeni w scenerię nocnego nalotu – wspominał siedmioletni wówczas Janusz Wałkuski. - Na spadochronach opadały świetlne race. Było prawie tak widno jak w dzień. Słyszeliśmy warkot samolotów, eksplozje bomb. Zginęło dużo ludzi. Tak zaczynał się rok szkolny. Dwóch kolegów z sąsiedniej klasy zabiła bomba na Krochmalnej...''.

   Polskie podziemie szacowało, że w nalocie tym zginęło około 200 warszawiaków. Kolejny potężny nalot odbył się 10 dni później. Tym razem bolszewicy trafili w Szpital Praski pw. Przemienienia Pańskiego i Szpital Dzieciątka Jezus. Część pocisków spadła na getto, zabijając wielu Żydów. ''Czerwoni piraci z przestworzy - pisał 'Nowy Kurier Warszawski'. - Walili bomby, gdzie się dało, kościół, szpitale, baraki. Czerwoni nie wybierają. Rzucają śmiertelne pociski z logiką przypadku''. Bolszewicy nie oszczędzili nawet Cmentarza Powązkowskiego. Zniszczyli na nim Bramę św. Honoraty oraz dwie kwatery po lewej stronie kościoła pw. św. Karola Boromeusza. Ostatnie sowieckie naloty odbyły się w lipcu 1944 r., na krótko przed wybuchem powstania.

Bombowiec Jer-2 wykorzystywany w nalotach na Warszawę
Bombowiec Jer-2 wykorzystywany w nalotach na Warszawę fot. Wikimedia Commons

   Sowieckie bombardowania Warszawy to jeden z najbardziej zapomnianych epizodów II wojny światowej. W PRL oczywiście nie wolno było o nich mówić. Bolszewicy byli przecież ''przyjaciółmi i wyzwolicielami'', a nie mordercami kobiet i dzieci. Niestety, w III RP sprawa również nie wywołuje większego zainteresowania, ofiary nalotów Stalina nie doczekały się godnego upamiętnienia.

   Warto jednak odnotować ciekawą polemikę, do jakiej doszło kilka lat temu między historykami dr. Tymoteuszem Pawłowskim i Krzysztofem Jaszyńskim. Ten pierwszy nie miał wątpliwości, że celem sowieckich nalotów było sterroryzowanie warszawiaków i była to zbrodnia z premedytacją przeciwko niewinnym polskim cywilom. Według Jaszyńskiego było inaczej - sowieccy lotnicy chcieli dobrze, tylko wyszło jak zwykle. Celem nalotów miały być wybrane obiekty wojskowe i przemysłowe, ale sowieccy lotnicy wykazali się nieudolnością. Zabrakło im precyzji i zrzucali bomby, gdzie popadnie.

   Problem w tym, że sam Jaszyński przyznawał, iż nocne trafienie w cele wojskowe na terenie Warszawy było niemal niemożliwe. ''Przy nocnym nalocie z wysokości ok. 2500 metrów nie było to zadanie łatwe - pisał. - Przy prędkości samolotu ok. 200 km/godz. pomyłka o jedną sekundę to upadek bomby ponad 50 metrów od celu. Analiza trafień wykazuje, że w większości przypadków bomby były zrzucane sekwencyjnie, jedna po drugiej, co dawało rozrzut nawet od 200 do 500 m. Nie mogło więc być mowy o precyzji trafienia w pojedynczy obiekt''.

   A więc sowieccy oficerowie wydający rozkaz o przeprowadzeniu podobnych nalotów z góry wiedzieli, że ich główną ofiarą padną polscy cywile. O cynizmie Sowietów świadczyć może również odpowiedź na nieśmiały protest, jaki w sprawie bombardowań Warszawy zgłosił polski minister spraw zagranicznych Edward Raczyński. Otóż Moskwa odpowiedziała ostro, że bombardowania Warszawy odnoszą znakomity skutek, bo ''wzmacniają w społeczeństwie polskim przekonanie o zbliżającej się klęsce hitlerowców''…

   Piszący te słowa nie ma wątpliwości, że naloty na Warszawę były kolejną zbrodnią sowiecką przeciwko narodowi polskiemu i należy je wymieniać razem z operacją polską NKWD, 17 września, deportacjami na Sybir, Katyniem i obławą augustowską. Czytając o bolszewickich bombach masakrujących warszawiaków w 1941, 1942 lub 1943 r., trudno się nie zadumać nad naiwnością polskich czynników przywódczych, które niezmiennie uznawały Sowiety za ''sojusznika'', a później ''sojusznika naszych sojuszników''. Za mrzonki te zapłaciliśmy w 1944 r. straszliwą cenę.
Piotr Zychowicz