Cytaty

KONTRREWOLUCJA*MONARCHIA NARODOWA*KORPORACJONIZM

OFICJALNY PORTAL PUBLICYSTYCZNY
RCR - PRO FIDE, REGE ET PATRIA!


Si Deus Nobiscum quis contra nos - Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?

UNIWERSALIZM KATOLICKI KONTRA ATEISTYCZNY GLOBALIZM


MONARCHIZM NARODOWY - jest to ustrój polityczny łączący w sobie ideę monarchistyczną (ideę hierarchiczną) z myślą narodową w duchu rzymskiego katolicyzmu, dążący do obalenia obecnego Systemu politycznego w sposób radykalny (będąc w rzeczywistości Kontrrewolucją)

WALCZYMY NAJPIERW O POLSKĘ WOLNĄ A PÓŹNIEJ WIELKĄ! Z BOGIEM ZA KRÓLA I OJCZYZNĘ!

niedziela, 5 czerwca 2016

Maria Pilarczyk: Wyczekując następców


dzień dziecka 
   Od ponad pół wieku 1 czerwca obchodzimy w naszym kraju dzień dziecka. Nie wypada więc tego dnia nie poruszyć tematu dzieci. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, jak wielkie znaczenie dla narodów ma posiadanie potomstwa i właściwe jego wychowywanie. Starzejące się w zastraszającym tempie rodzime społeczeństwa zachodniej Europy niech będą dla nas przestrogą. Rdzenni mieszkańcy takich państw, jak Francja czy Wielka Brytania, wkrótce mogą stać się mniejszością we własnym kraju. Ich państwa stają się z jednej strony celem masowej imigracji, z drugiej także ich dzietność jest nieporównywalnie niższa niż dzietność przybyłych imigrantów, a więc najczęściej nie gwarantuje nawet prostej zastępowalności pokoleń. Jedynym wyjściem wydaje się być przyjmowanie coraz to większej ilości imigrantów, którzy zamiast ratunku niosą ze sobą wyłącznie szybsze zaciśnięcie europejskim narodom pętli na szyi. Jest jeszcze jedna droga ratunku – są nią właśnie dzieci. Zwiększenie przyrostu naturalnego wśród rdzennych Europejczyków jest ostatnią szansą na zachowanie naszego dziedzictwa cywilizacyjnego i krwi. Jak sytuacja wygląda w naszym kraju? Nie rysuje się ona jeszcze tak tragicznie, jak na zachodzie, ale i tak od wielu lat nasze państwo pustoszeje, setki tysięcy Polaków pozostają za granicą, a przyrost naturalny przyjmuje wartości ujemne. Gospodarka wypełnia jednak deficyty ludności nisko opłacanymi imigrantami ze wschodu, głównie z Ukrainy. Niedobór rąk do pracy nie przyczynia się więc do zwiększenia pensji ani spadku bezrobocia, co wtórnie mogłoby skutkować wzrostem dzietności poprzez poprawienie warunków ekonomicznych. Żadna poprawa sytuacji nie jest dostrzegalna, a nawet obserwuje się jej pogorszenie. Jaskrawym przykładem jest to, że w kraju nad Wisłą istną plagą stało się nadużywanie umów cywilnoprawnych – tzw. śmieciówek, które odbierają stabilność zatrudnienia i liczne zabezpieczenia społeczne, w tym dla kobiet w ciąży, dlatego nie powinna nas wcale dziwić ich niechęć czy nawet strach przed macierzyństwem.

Program „Rodzina 500+”, choć jest projektem bardzo kosztownym, zapewne nie przyczyni się do zwiększenia przyrostu naturalnego. Poprawi jednak poziom życia wielu dzieci, które już przyszły na świat, dlatego nie można go bezwzględnie krytykować. Jest to też pierwszy tak szeroko zakrojony program społeczny wspierający rodziny w naszym kraju, tylko że on sam niestety nie wystarczy. Brakuje np. miejsc w przedszkolach, mechanizmów umożliwiających kobietom powrót do pracy po ciąży czy uniemożliwiających dyskryminację na rynku pracy młodych matek i w ogóle młodych kobiet, które w niedalekiej przyszłości mogą stać się matkami. Żeby zwiększyć dzietność polskich rodzin, należałoby więc przede wszystkim poprawić warunki zatrudnienia. Młodzi ludzie bez stabilnej pracy, własnego mieszkania, a nawet choćby zdolności kredytowej nie mogą stworzyć zdrowej, wielodzietnej rodziny, ponieważ nie mogą po prostu spełnić podstawowych warunków, które by to umożliwiły. Walka z nadużywaniem śmieciówek, inwestowanie w budownictwo społeczne czy promowanie zwiększania roli ojca w procesie wychowawczym – szczególnie w pierwszym okresie życia dziecka – przynosiłaby o wiele większe korzyści niż bezpośrednia pomoc finansowa udzielana dziś rodzinom.

Myślę, że sam program „500+” warto byłoby zastąpić pensją w wysokości płacy minimalnej dla tego małżonka, który zdecyduje się pozostać z dziećmi w domu. Praca domowa to ciążka praca na pełen etat, dlatego powinna być właściwie opłacana. Szczególnie w sytuacji, gdy zazwyczaj zarobki jednej osoby nie są wystarczające, żeby druga mogła zająć się domem. Pensja za pracę domową jest dodatkowo podniesieniem jej znaczenia. Pokazuje, że sama w sobie posiada ona wartość, że jest pracą, a nie „sposobem życia” czy sposobem na nic nierobienie, a już w najlepszym przypadku nie jest dodatkiem do pracy innej osoby. Niesie to również ze sobą częściowe uwolnienie od finansowej zależności od małżonka i stanowi szersze, psychologiczne uniezależnienie rzutujące na wiele pozostałych aspektów życia. Musiałoby się również z tym oczywiście wiązać zabezpieczenie emerytalne osoby pracującej w domu. Wychowywanie dziecka to nie tylko „usługa” wykonywana na rzecz własnego dziecka, ale i państwa, któremu dostarcza się nowych obywateli – podatników, dlatego utrzymanie rodziców nie może spadać wyłącznie na barki dzieci, jak by to chciało widzieć wielu zwolenników teorii konserwatywno-wolnościowych, ale również państwa. Kolejną wadą programu “500+” jest jego zakończenie po przekroczeniu przez dziecko 18. roku życia. Koszty utrzymania dziecka ani nie kończą się w tym wieku, ani diametralnie się nie obniżają, wręcz przeciwnie, młoda osoba wchodząca w dorosłość, planująca np. studiować w innym mieście niż rodzinne, potrzebuje znacznie więcej środków na utrzymanie. Rodzina w takim przypadku może okazać się niewydolna finansowo, ponieważ nie tylko musi znaleźć dodatkowe środki, ale również jest w tym samym czasie odcinana od dotychczasowej pomocy finansowej państwa, do której przez wiele lat już zdążyła się przyzwyczaić.

Prowadząc rozsądną politykę prorodzinną, należałoby również wprowadzić kult wielodzietności w warstwie kulturowej, ponieważ, jak pokazuje sytuacja na Zachodzie, wsparcie finansowo-ekonomiczne to nie wszystko. Wybory młodych ludzi często determinowane są panującą atmosferą, trendem. Niestety żyjemy w świecie zdominowanym przez konformistów, co jednak należy wykorzystywać do propagowania naszych wartości i postulatów. Przedstawiać należy w sferze artystycznej piękno życia rodzinnego w miejsce promowania przyjemności płynącej z jego hedonistycznego użycia. Pokazywać, że coraz rzadsza wielodzietność nie jest spowodowana brakiem edukacji seksualnej, ale właśnie świadomym rodzicielstwem. Uczynić z wielodzietności przymiot świadczący o zamożności i zdrowiu, nie tylko fizycznym, rodziców. Uświadamiać, że bez dzieci stracimy nie tylko nasz naród, ale i spokojną starość. Jestem przekonana, że każdy z nas wolałby znaleźć dla siebie miejsce u kresu życia przy bliskiej osobie, np. dziecku, a nie w ośrodku spokojnej starości obsługiwanym przez imigrantów z Bliskiego Wschodu.

Wielki Naród potrzebuje przede wszystkim wielkich, wielodzietnych rodzin. Natomiast dzisiejsze, polskie rodziny potrzebują przede wszystkim poczucia finansowej stabilności, co umożliwi wielodzietność. Oczywiście wymaga to ogromnych inwestycji państwa, które na rozsądnej polityce prorodzinnej akurat powinno oszczędzać najmniej. Jesteśmy krajem o wciąż rosnącym deficycie budżetowym i wysokich podatkach. Gdzie więc szukać pieniędzy na tę politykę? Najlepiej w uszczelnieniu systemu podatkowego, który dziś umożliwia najbogatszym sprawne oszukiwanie społeczeństwa i wyprowadzanie nieopodatkowanych zysków z kraju. Następnie należy się zająć wprowadzeniem kilkustopniowych, progresywnych podatków i likwidacją szarej strefy. Po wprowadzeniu zmian ekonomicznych pozostanie “tylko” kształtowanie właściwych postaw społecznych, co w kraju takim jak Polska nie powinno stanowić żadnego problemu. Przez całe wieki udowadnialiśmy, jak bardzo ważna jest dla nas rodzina i jak użyteczna jest ona w przechowywaniu wartości narodowych. Jedno czy dwa pokolenia nie mogły przecież tego zmienić, tylko co najwyższej zakryć. Musimy zetrzeć naleciałość ostatnich lat i z nadzieją wyczekiwać następców, bo bez dzieci nasz nacjonalizm nie będzie wart więcej niż widowiskowe zbiorowe samobójstwo starców.

Maria Pilarczyk